List 2 Stary Śleszów, czyli życie na wsi w zachodnio-południowej Polsce – Alzheimer i demencja – jak pomóc choremu oraz sobie ?

List 2 Stary Śleszów, czyli życie na wsi w zachodnio-południowej Polsce

List 1 Powrót z Meksyku do Polski
21 grudnia 2023
List 3 Warsztaty permakultury
21 grudnia 2023
List 1 Powrót z Meksyku do Polski
21 grudnia 2023
List 3 Warsztaty permakultury
21 grudnia 2023

Drogi Dali,

w tym liście postaram się opowiedzieć Ci coś więcej o Starym Śleszowie. To niewielka wieś na Dolnym Śląsku, znajdujemy się 18 km od Wrocławia.

Ze względu na wiele zajęć, w których obecnie uczestniczymy z Williamem, uwielbiam tę lokalizację – jest wygodna. Możemy cieszyć się uprawianiem ogrodu, ale też jeśli mamy taką potrzebę, w niecałe 30 minut możemy dojechać samochodem do centrum jednego z najpiękniejszych polskich miast.

Mamy tu dwa małe sklepy spożywcze plus jeden duży budynek z chemikaliami-nawozami dla rolnictwa, a także pszczelarza, który sprzedaje miód. Cieszę się, że przynajmniej miód produkuje się lokalnie, bo pomimo tego, że Stary Śleszów to wieś, tutejsi rolnicy przestali produkować własne jajka, sery, masło, mleko czy wełnę. W mojej wiosce nie widać już kurczaków, krów czy owiec.

Mieszkańcy wsi ustawiają się w kolejkach w supermarketach lub mniejszych sklepach sieciowych, żeby kupić żywność od zagranicznych korporacji. Jeden z lokalnych sklepów znajduje się naprzeciwko naszego domu. W przeszłości doprowadzało mnie to do szału z powodu miejscowych miłośników odurzenia. Na szczęście mamy już wysokie drzewa i między nami a sklepem jest staw.

„Staw pijaków” jak mawiał mój angielski przyjaciel David, który był zdumiony tym „zwyczajem”, jaki mamy w Polsce – po prostu piciem alkoholu przed sklepem. W Wielkiej Brytanii mają od tego puby. Tylko nie jestem pewna, czy budowanie specjalnego miejsca do codziennego odurzania się alkoholem jest lepszym „zwyczajem”...

Tak czy inaczej, dawniej, zanim zmienił się menadżer tego miejsca, nasz sklep przypominał mi sklepy, które widziałam będąc na Kubie w 2012 roku. W Hawanie półki były puste lub można było na nich znaleźć zaledwie kilka butelek octu i śpiącego kota. Różnica między kubańskim sklepem a naszym polegała na kocie. Nie widziałam w naszym sklepie śpiącego na półkach kota. Ale wyraźnie pijany miejscowy, oparty zimą o kaloryfer, to stały widok!

Szkoda, że teraz to miejsce bardziej przypomina przeciętny, polski, mały sklep spożywczy. Straciło swój specyficzny klimat. Można w nim kupić podstawowe artykuły spożywcze. Nic niezwykłego. Podobnie jak wszędzie indziej – daleko mu do etycznych supermarketów w Anglii, w których robiłam zakupy. Tego typu sklepy są zazwyczaj droższe od „zwykłych”, ale jest coś dobrego w wydawaniu w nich pieniędzy, bo można tam kupić towary od lokalnych dostawców i produkty naturalne.

Jeśli mówimy o pieniądzach, to od pewnego czasu mocno czuję, że nie powinniśmy ograniczać naszej przyszłości i obfitości, myśląc, że DZIŚ nie stać nas na etyczne wybory. Właśnie podczas TYCH ZAKUPÓW, a nie jakichś kolejnych.

Tym bardziej teraz, gdy zapoznałam się z mądrą księgą Tolteków Cztery umowy, wiem to na pewno: jeśli teraz kochasz Życie, Życie też pokocha Cię już teraz.

Odkąd zrozumiałam, że zakupy są jak codzienne głosowanie, w sklepach staram się zachowywać ostrożność. Nie mogę sobie pozwolić na wspieranie moimi pieniędzmi czegokolwiek, co nie jest w równowadze z Życiem. Wszystko jest energią. Łącznie z pieniędzmi.

Widzisz, dałam się ponieść! Dlatego powiedziałam, że SPRÓBUJĘ napisać o Starym Śleszowie… ale niektóre rzeczy są dla mnie po prostu ważniejsze!

Wolność na przykład. Dla mnie wolność oznacza bycie samowystarczalnym. Dysponując monetami i banknotami, staram się kierować je w najlepsze kanały – robiąc zakupy w miejscach o tej samej filozofii, co moja. W ten sposób przeznaczam pieniądze na coś, w co wierzę: szczęśliwe rodziny, prawdziwe jedzenie, żywą wodę i Życie!

Na przykład znalazłam niesamowitą polską firmę Robin Wood – produkują okulary, zegarki i rowery. Zakup każdej pary okularów lub dowolnego zegarka u nich to jedno posadzone drzewo i wsparcie jakiejś ekoakcji. Używają pochodzących ze zrównoważonych upraw i przyjaznych dla zwierząt bambusa, korka i konopi. Dlaczego nie kupić u nich?

Czy naprawdę potrzebujemy więcej produktów z tworzyw sztucznych importowanych z Chin? Dlaczego nie wspierać sadzenia drzew podczas zakupów!?

Ale wracając na polską wieś, pierwszego ranka po powrocie z Meksyku William i ja umieściliśmy ogłoszenie w „byłym kubańskim” sklepie, o którym wspomniałam powyżej. W ogłoszeniu napisaliśmy: „Lekcje hiszpańskiego i angielskiego w zamian za owoce, warzywa i własne produkty”. Zgadnij co?

Ludzie są zainteresowani! Uznają co prawda proponowaną przez nas metodę płatności za innowacyjną i niewiarygodną, jeśli nie głupią, ale chcą wysyłać do nas swoje dzieci na naukę języka angielskiego. Otrzymaliśmy kilka telefonów i w piątek mamy spotkanie z niektórymi rodzicami.

Śmieją się z nas, bo w zapłacie chcemy ich słoików z domowymi dżemami, kompotami i sałatkami. Dla nas jest to oczywiste, że owoce i warzywa uprawiane we własnym ogrodzie to najlepsze pożywienie, jakie można jeść. Nie interesuje nas modyfikowana, sztuczna żywność w plastikowych opakowaniach, nawet jeśli mamy pieniądze na jej zakup.

Jak na razie wymiana umiejętności za jedzenie jest najlepszym rozwiązaniem dla Williama. Będąc weganinem, je tylko rośliny, a w naszym ogródku jeszcze nic nie rośnie. Od znajomych i rodziny dostaliśmy mnóstwo słoiczków z niesamowitymi konfiturami, kompotami i grzybami.

Wszyscy są bardzo pozytywnie nastawieni, żartują, a czasem nawet nauczą się kilku hiszpańskich słów od Williama. Łącznie z moim ojcem… Cóż, powiedzmy – spróbował tylko raz. Fred czuje, że musi rozmawiać z Williamem w jakimś obcym języku, a ponieważ myśli, że zna rosyjski, cały czas mówi do Williama: „Da, da, da”, czyli rosyjskie „tak”. To niesamowite, jak się porozumiewają! William mówi, że mój ojciec jest jak postać z kreskówki The Family Guy: Głowa Rodziny!

Opowiem Ci jeszcze trochę o naszym krajobrazie. „Tutaj wszystko wygląda inaczej niż w Kostaryce. Jest tak płasko. Nawet trawa jest inna”, komentował William, który pomylił naszą górę Ślężę z wulkanem. Dla niego naturalne jest, że wszędzie widać wulkany. Dla nas Polaków wulkany nie są absolutnie czymś powszechnym. Kiedy moja matka słyszy, że w danym kraju jest wulkan, nie chce nawet, żebym była na tym samym kontynencie…

Jeszcze nie tak dawno temu, w czasach komunizmu, w Polsce, w Starym Śleszowie istniało kilka państwowych gospodarstw spółdzielczych i funkcjonowały wspólne stodoły. Dziś nie są już używane, a po dawnych stodołach, stajniach i chlewach pozostały jedynie ruiny, ogromne ruiny, co widać na załączonym zdjęciu.

Piszę o tym, bo William naprawdę mnie rozśmieszył. Miało to miejsce podczas jednego z jego pierwszych spacerów po wiosce. Zobaczył te ogromne ruiny i z prawdziwym strachem w głosie zapytał mnie: „Co tu się stało? Czy to przez polską zimę?!”. William przyjechał do Polski wiosną, ale było mu tak zimno, że na samą myśl o zimie jest przerażony!

W tym tygodniu musieliśmy kilka razy rozpalić w piecu, żeby było ciepło w domu, więc William kładł się do łóżka w pożyczonej od moich sióstr puszystej piżamie.

Żebyś nie poczuł się oszukany czy zdezorientowany, bo ten list miał przecież być o Starym Śleszowie, wspomnę, że Wikipedia podaje, że mieszka tu 338 mieszkańców (plus teraz William… może powinnam go dodać?).

WYOBRAŹ sobie, co by było, gdyby ci wszyscy ludzie przestali pić martwą wodę z plastikowych butelek i odłożyli pastę do zębów z fluorem!

Imagine (...), It's easy, if you try. No hell below us. Above us only sky. Imagine all the people…Living for today (…)

No cóż, na razie nie mam nic więcej do powiedzenia na temat Starego Śleszowa, ale jak w końcu napiszę książkę, to może ktoś doda o tym trzecie zdanie w Wikipedii.

Co sądzisz o moich listach?

Moja młodsza siostra powiedziała mi, że piszę o nudnych rzeczach i że może będzie to lepiej brzmiało, kiedy napiszę coś po polsku. William zaoferował, że może przetłumaczyć moje listy na hiszpański, a moja najmłodsza siostra zna serbski.

Zatem jeśli uruchomię moją stronę internetową i umieszczę tam moje listy, to mogę prowadzić najnudniejszego bloga w 4 różnych językach.:)

Ciąg dalszy nastąpi.

Malwina – Aisha

Polska, kwiecień 2017

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *